Się należało ?

Się należało ?

-—–

Czasem pytają mnie, czemu jestem tak radykalny wobec tzw. neosędziów (nazywanych w niektórych środowiskach neonami, co pozornie mogłoby się kojarzyć z jakimś sztucznym oświetleniem/oświeceniem) tj. osób powołanych na urząd sędziego w sądzie powszechnym albo wojskowym na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej w trybie określonym przepisami ustawy z dnia 8 grudnia 2017 r. o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2018 r., poz. 3)

Dlaczego nie dostrzegam różnic sytuacji, a nawet stwarzam wrażenie, że moja niechęć jest większa wobec tych – nazwijmy to – przyzwoitych. Muszę przyznać, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście tak jest, ale gdy otrzymałem to pytanie po raz kolejny, od kolejnej osoby, doszedłem do wniosku, że chyba coś jest na rzeczy i zacząłem się zastanawiać z czego to się bierze.

Odpowiedź jest banalnie prosta.

Bo to ich właśnie obarczam winą za takie zabetonowanie bezprawia, jakie mamy dziś. Nie tych najgorszych łobuzów, którzy dali się poznać od pierwszych dni zapoczątkowujących chaos, bezprawie, gwałcenie konstytucji i przymilanie się politykom rządzącej wówczas Zjednoczonej Prawicy w celu uzyskania korzyści zawodowych, finansowych dla siebie lub swych rodzin, lub ze zwyczajnej podłości, w celu wyładowania swych frustracji. To, że w każdym państwie znajdzie się – nawet wśród sędziów - grupa kilkudziesięciu łajdaków, którzy skorzystają z bezprawia, nie mam złudzeń. Przy 10.000 osób, które przychodziły do zawodu w różnym czasie, na różnych zasadach, trudno się spodziewać wyłącznie kryształu. Podobnie z radcami, adwokatami, notariuszami.

Ale ilu jest tych łajdaków ?

Kilkudziesięciu ? No, może setka albo dwie. Reszta, to są ci „przyzwoici”, którym „się należało”.

Co by władza polityczna osiągnęła, gdyby do tych pseudokonkursów zgłosiło się nawet te 200 osób ? Dostali by nominacje bez udawania jakiejkolwiek konkurencji i już. Cała „praca” „neokrs” zakończyłaby się w pół roku. No, może w rok. Do końca 2018 r, wszystkie stanowiska byłyby obsadzone, a potem nikt by się nie zgłaszał.

W jakiej więc sytuacji byśmy byli dziś ? Wystarczyłoby opracować prosty schemat: jak ich błyskawicznie usunąć z zawodu (zarządzić przerwę, odsunąć od czynności, zawiesić, przenieść w stan spoczynku), a następnie zakończyć możliwość wykonywania jakichkolwiek zawodów zaufania publicznego po szybkim i rzetelnym postępowaniu dyscyplinarnym i karnym.

Czy destrukcja zasad demokratycznego państwa prawa miałaby takie samo tempo po 2019 r. ? Nie wiemy, oczywiście możemy spekulować, ale to nie ma sensu.

Gdyby każdy prawnik, który obecnie chce uchodzić za „przyzwoitego, co to nie miał wyjścia” odmówił jakiegokolwiek stawania przed „neokrs” ? W jakiejkolwiek formie. Także asesorzy, kandydaci na sędziów po asesurze, referendarze, asystenci…

Wszak byli też i tacy, którzy ukończyli Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury ze znakomitymi wynikami, których marzeniem było wykonywanie zawodu sędziego, a którzy musieli zmienić plany nie chcąc legitymizować bezprawia. Dobrze to wiemy i chwała im za to. Jakoś nie słyszę głosów, by ich teraz poszukiwać i choćby symbolicznie podziękować, a przyznam, że chciałbym.

Czy gdyby z 3.000 stanowisk udało się obsadzić tylko 200, samymi łajdakami, to czy przekaz polityków rządzącej wówczas większości o „reformie wymiaru sprawiedliwości” nie zachwiałby się w posadach jeszcze przed październikiem 2019 r. ?

Ale nawet, gdyby nie przyszło ogólnonarodowe otrzeźwienie, to ci, którzy przykładali rękę do dewastacji praworządności, byliby w stanie ponownie wyłonić „neokrs” na lata 2022-2025 ? Po co ?

Stało się to możliwe przede wszystkim dzięki tym wszystkim „przyzwoitym”, którym „się należało”.

I w żaden sposób nie przekonują mnie argumenty odwołujące się do indywidualnych sytuacji tych osób. Przecież od kogo, jak od kogo ale od sędziego (ale także radcy, adwokata, notariusza) można wymagać poszanowania Konstytucji.

Mówienie, że nie miał wyjścia ?

Jak nie miał ? Przecież mógł zrezygnować.

Jest dla mnie osobiście niepojęte, że sędzia może „walczyć o awans”, że może „pragnąć pracować w sądzie wyższym”. Że to pragnienie jest tak silne, iż musi być zrealizowane niezależnie od okoliczności, od bezwzględnego obowiązku szacunku względem demokratycznych wartości, praworządności…

Owszem, ktoś powie, że piszę to z pozycji sędziego Sądu Apelacyjnego, więc mogę się mądrzyć, bo nie wiadomo jakbym się zachował.

Ja wiem, jakbym się zachował i przepraszam, ale muszę trochę prywaty…

W latach 1993 do 2000 r. pracowałem w Sądzie Rejonowym - Sądzie Pracy w Elblągu. Wówczas w Sądzie Wojewódzkim (obecnie Okręgowym) w Elblągu nie było Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Sądem odwoławczym był Sąd Wojewódzki Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych zs. w Gdyni. Więc droga awansu musiałaby się łączyć z przeprowadzką lub ze zmianą specjalizacji, na co nigdy nie miałem ochoty. Około roku 1997 dostałem propozycję jednorazowej delegacji do Sądu II instancji w Gdyni. Pomyślałem – doceniają mnie, to miłe, więc chętnie sobie zrobię fajną wycieczkę. Ale Minister się nie zgodził, bo to inny okręg sądowy i ówczesne przepisy ponoć nie pozwalały (nawet tego nie sprawdzałem). W tym momencie ostatecznie zdałem sobie sprawę, że jeśli zostanę w sądzie (a przyznam, że dojrzewała u mnie myśl o przejściu do wolnego zawodu), to całe życie zawodowe będę pracował w Sądzie Rejonowym w Elblągu. Czy miałem z tego powodu dyskomfort ? Żaden. Propozycja delegacji mile połechtała moje ego. Nie powiem, że nie. Ale jeśli awans nie jest możliwy, to pracuję dalej ciesząc się, że gdzieś tam wyniki mojej pracy docenili.

W 2000 r. powstał w Sądzie Okręgowym w Elblągu Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Zaproponowano mi wówczas stałą delegację do tworzenia tego Sądu. Perspektywy awansu mnie nie interesowały, ale miałem 34 lata i wizja tworzenia czegoś nowego bardzo mnie pociągała. Wyłącznie dlatego się zgodziłem. W Sądzie Okręgowym pracowałem całą dekadę i świetnie mi się pracowało.

Do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku kolejni przewodniczący Wydziału zaczęli mnie zapraszać na jednorazowe delegacje od 2002 r. i przyznam, że nigdy nie odmawiałem. Nie tylko dlatego, że brak mi asertywności, choć przyznam, że odmowa sędziom, których autorytet wysoko szanowałem, byłaby trudna. Jednak przede wszystkim dlatego, że dostrzegłem w tym możliwość nawiązania koleżeńskich kontaktów z sędziami SA, do których mogłem ze śmiałością zadzwonić, gdy miałem (ja albo inny kolega z Wydziału w SO) problem prawny – materialny, czy proceduralny. Także dlatego, że mi było miło, że zaproszenia świadczą o tym, że dobrze oceniają moją pracę. Także dlatego, że gdy po uchyleniu jakiegoś mojego wyroku miałem dyskomfort, to przy kolejnej delegacji dostawałem akta z pewnego innego sądu okręgowego i dostrzegałem, że na ich tle moja praca nie jest taka zła a uchybienia aż tak rażące. Także jednak, a potem to już przede wszystkim dlatego, że polubiłem koleżanki i kolegów z SA i miałem poczucie, że i oni mnie trochę też, że wytworzyła się jakaś wieź. Nigdy jednak nie dlatego, że chciałem awansować. Miałem małe dzieci, dojeżdżanie było dla mnie koszmarem. Żona prowadzi działalność gospodarczą, więc dzieci były „na mojej głowie”.

Przekonałem się o tym szczególnie boleśnie, gdy w 2007 r. ówczesna Przewodnicząca Wydziału PiUS w Sądzie Apelacyjnym zaproponowała mi delegację na 3 miesiące. Przyznam, że jakoś wielce się nie cieszyłem, ale się zgodziłem. Były to wyjątkowo trudne miesiące, bo jeździłem do Gdańska starą „siódemką” prawie codziennie, a w dniach rozpraw wpadałem w panikę, bo wiedziałem, że muszę być w domu o 16stej, by zdążyć rozwieźć dzieciaki na judo, angielski, basen, czy inne zajęcia. Dlatego nic nie mówiąc czekałem na koniec tego okresu poniekąd „żeby mi dali święty spokój”. Pod koniec Przewodnicząca zaproponowała przedłużenie delegacji na jeszcze 3 miesiące i… po dłuższej rozmowie z małżonką znów się zgodziłem. Kilka dni później Przewodnicząca przyszła do mnie i mi powiedziała, że ma świetną wiadomość, bo Prezesowi udało się załatwić nie czasową, lecz stałą delegację. Oczywiście w perspektywie wiązało by się to z objęciem stanowiska sędziego SA. No i się załamałem, grzecznie podziękowałem, wróciłem do domu i nie spałem całą noc zastanawiając się jak mam wytłumaczyć, że nie chcę dłużej pracować z ludźmi, z którymi się zżyłem i którzy oczekują, że moim marzeniem jest pracować z nimi przez resztę życia. Przyjechałem, powiedziałem prawdę. Przewodnicząca zrozumiała, za co jestem Jej do dziś wdzięczny.

Miałem w tym czasie jeszcze propozycję delegacji do Ministerstwa Sprawiedliwości, do jakiegoś zalążka obecnych struktur informatycznych – zawsze mnie te zagadnienia pasjonowały. Zgodziłem się na współpracę pod warunkiem, że nie musiałaby się wiązać z delegacją tylko ewentualnie z pracą zdalną, bo i taką sugestię w rozmowie mi przedstawiono. Udać się na delegację nie mogłem i nie chciałem. Bo po pierwsze, jestem sędzią, a sędzia pracuje w sądzie a po drugie, nie mam ochoty nigdzie jeździć. Deliberowali, deliberowali a potem przedzwonili, że jednak tylko delegacja wchodzi w grę i „zabawy nie było”.

Po 4 latach dzieci podrosły, zaczęli budować drogę szybkiego ruchu, więc kolejną propozycję – tym razem przejścia do Sądu Apelacyjnego na stałe - przyjąłem i pracuję tu, gdzie pracuję.

Opisałem to wyłącznie dlatego, by wyjaśnić dlaczego nie jestem w stanie zrozumieć jakiegokolwiek pragnienia awansu zawodowego. Przecież jeśli człowiek dobrze pracuje i jest doceniany na polu zawodowym, to żaden awans nie jest niezbędny. Nie ma sam w sobie żadnej wartości. Wartość ma rodzina, relacje przyjacielskie (choć wiele z nich okazało się fałszywych) a także poczucie, że coś się dobrze robi.

Jak mam więc „zrozumieć neonów” ? Tych „przyzwoitych”, którym „się należało” ?

Do tego stopnia, że będąc sędziami, radcami, adwokatami, czy notariuszami wiedzieli, że droga do awansu, czy uzyskania statusu sędziego będzie prowadziła przez etap zgwałcenia Konstytucji, czyli najświętszego aktu dla każdego prawnika, a tym bardziej sędziego, a mimo tego się na to zdecydowali ?

Do tego stopnia, że swymi postawami doprowadzili do zabetonowania bezprawia.

Michał Bober
Michał Bober
sędzia Sądu Apelacyjnego w Gdańsku - członek Stałego Prezydium FWS,